Szkic piórem: „Z ust do ust” Tadeusza Różewicza

19 Grudzień 2010

Po pierwszej lekturze wiersz Tadeusza Różewicza Z ust do ust wydaje się dość prostą refleksją nad zjawiskiem karłowacenia idei pod wpływem: czasu, mediów, marnych interpretatorów, szarlatanów wykorzystujących ją do własnych celów. Idea z każdym kolejnym przekazem „z ust do ust” traci coś ze swej treści, wartości – jak w popularnej wśród przedszkolaków zabawie w „głuchy telefon”. Spróbujmy jednak przyjrzeć się utworowi dokładniej.

Pierwszy wers: ideja. Dlaczego nie – „idea”? Czy to typowa dla Różewicza ironia? Użycie mocno potocznego i niezgodnego z normą wariantu wymowy ma służyć podkreśleniu dystansu do tego pojęcia? Ma sugerować miałkość znaczenia słowa, które przecież znaczyć może wszystko (szczególnie dziś)? A może wręcz przeciwnie: Różewicz stara się dogrzebać do korzeni języka i zwraca uwagę, że przecież tak właśnie powinniśmy to słowo wymawiać, gdybyśmy chcieli pamiętać o jego szacownym, greckim rodowodzie. Mielibyśmy tu do czynienia znów z czymś typowo Różewiczowskim: dogrzebywaniem się do jądra języka, próbą osiągnięcia największej możliwej klarowności. Które z tych dwóch wyjaśnień jest prawidłowe? Może oba.

Wiersz syntagmatyczny, stosowany przez Różewicza po mistrzowsku (nie bez przyczyny zwany przecież „różewiczowskim”) daje nam przynajmniej dwa sensy w kolejnym strofoidzie. Przede wszystkim: „ideja ma język” – mimo że dalszy ciąg istnieje, to mamy prawo zastanowić się już nad sensem tego jednego wersu („ma język”). Jest to jakby pretensja do idei, że ma język – język, którym musi być wypowiedziana i przekazana, ale który w naturalny sposób ją ogranicza; przeciez Ludwig Wittgenstein powiedział: „granice mojego języka są granicami mojego świata”. Idea jest więc skazana na porażkę właściwie już od początku. Zostawmy na razie ten wątek, rozwiniemy go jeszcze przy omawianiu ostatniej, puentującej utwór strofy. Wróćmy do – drugiej. Idei nie tylko język po prostu przynależy, jest on dodatkowo „piękny i pokrętny jak wąż w raju”. Czyli – niezbyt dobry (delikatnie mówiąc – wszak wąż w Raju to sam Szatan). Jeśli Księga Rodzaju, to od razu nasuwa się na myśl „na początku było Słowo” – słowo z ideą nierozerwalnie związane.

Czy jednak język musi ideę ograniczać? Tak napisaliśmy wyżej, okazuje się wszak, że nie musi być to prawdą: „z ust filozofa wychodzi czysta”. Zatem język daje możliwości klarownego przekazu, ba! są ludzie, którzy tę możliwość potrafią wykorzystać i przekazać swą myśl taką, jaka ona jest… w rzeczywistości? Ale ona od „rzeczywistości” jest zbyt daleka. Filozof może wypowiedzieć swoją ideę, jednak w pełni nie zrozumie jej nikt poza nim – bo idea narodziła się w duszy, a dusza od ciała jest tak samo daleka jak idea od języka. Więc jednak – nie da się?

„Rzeczywistość” – to pragmatyka. Dziś język wykorzystywany jest jako narzędzie manipulacji, rządzenia. Idea jest daleka od świata (chciałoby się powiedzieć za Mickiewiczem: „w świecie, ale nie dla świata”), więc trzeba ją przyciąć na miarę motłochu. Idea staje się pastwą polityków, kapłanów i działaczy – ludzi, którzy wykorzystają ją dla własnych celów, ale przede wszystkim: nie zrozumieją jej; nie tylko dlatego, że są zbyt głupi (mogą tylko „przeżuć” – jak krowa na pastwisku), ale też dlatego, że ich nie interesuje; chcą wiedzieć tylko, jak wykorzystać ją do własnych celów – wypluć na głowy obywateli. Tutaj przypomina sie wspomniana zabawa w „głuchy telefon” i związek z tytułem: politycy nie zrozumieli idei i niezrozumianą podają dalej ludziom – którzy nie zrozumieją jej jeszcze bardziej!

Wśród tego Pandemonium pojawia się coś jeszcze gorszego – dziennikarz, którego interesuje jedynie sensacja, chwytliwy tytuł, liczba sprzedanych egzemplarzy szmatławca, do którego pisze. Doprawia więc ideę „śliną \ arogancją \ prowokacją” i – wydala. Ot, dzisiejsze dziennikarstwo. Wypluwanie, wydalanie – piękne przykłady charakterystycznej dla Różewicza dosadności i ironii (tego Różewicza, który pisał o „nowych wierszach”, że to „żałosna [podkreślenie moje] nazwa na wiersze napisane ostatnio”). Idea rośnie w ustach (jak – plotka) po czym „sięga bruku” – nawiązanie do słynnego wiersza Cypriana Norwida (którego pragnienie, „aby odpowiednie dać rzeczy słowo”, doskonale pasuje do omawianego utworu) Fortepian Chopina.

Idea jest jak prostytutka – każdy może ją wykorzystać wedle woli, użyć do własnych celów. Dość brutalne porównanie, trzeba przyznać, ale czyż nie taki jest świat – brutalny?

Idea na oczach całego świata zmienia się w narzędzie zbrodni – mało takich przykladów mieliśmy w historii? Netzsche, który rzekomo (?) zainspirował faszyzm niemiecki, marksizm – żeby wspomnieć tylko o tych najbardziej współczesnych. Na pierwszym miejscu wspomnieliśmy o Niczem nie bez przyczyny – przecież jest jednym z ulubionych filozofów Różewicza. Autor wydaje się mieć jednak pretensje do filozofów, że pozwalają na takie haniebne kupczenie własnymi ideami: „a co robi filozof”. Filozofa nie obchodzą ludzkie sprawy – on odchodzi i milczy, nie patrząc za siebie.

Różewicz chyba nie do końca usprawiedliwia takie zachowanie. Ostatni strofoid jest apelem, by brać odpowiedzialność za własne słowa. Bo zbrodnią nie są idee same w sobie (to, co wchodzi do ust) – zbrodnią może być wypowiedzenie idei (to, co z ust wychodzi). Jeśli nawet nie – zbrodnią, to czymś czyniącym filozofa „nieczystym”. Tak jakby język z samej swej natury musiał skażać czystość myśli. Przypomnijmy sobie Wielką improwizację, w której Mickiewicz (ustami Konrada) ubolewa nad niemożnością pełnego oddania myśli w języku – nad tym samym głowi się Różewicz. Stąd „śmierć poezji”, stąd poetyka milczenia…

***

 

Z ust do ust

 

ideja 

ma język
piękny i pokrętny
jak wąż
w raju

z ust filozofa
wychodzi czysta
daleka
od „rzeczywistości”
jak dusza od ciała

wtedy bierze ją
na język
polityk kapłan
działacz

przeżuwa
i wypluwa na głowy
obywateli

z ust polityka
wyjmuje ideję
dziennikarz
przyprawia śliną
arogancją
prowokacją
i wydala przez środki
„masowego przekazu”

ideja rośnie w ustach
ideja sięga bruku 

wychodzi na ulicę
zatacza się
jak pijana prostytutka
na prawo i na lewo

ideja przechodzi
z rąk do rąk
na oczach
oniemiałego świata
zamienia się
w narzędzie zbrodni

a co robi filozof

on milczy i odchodzi
nie oglądając się
za siebie

jakby nie słyszał słów:

„Nie to, co wchodzi do ust,
czyni człowieka nieczystym,
ale to, co z ust wychodzi,
to go czyni nieczystym…”

Tadeusz Różewicz

Lekcja poetyki

7 Lipiec 2010

Wybraniec Tomasza Manna wobec wzorca legendy hagiograficznej: stylizacja, parodia, …?

O Wybrańcu Tomasza Manna można by pisać dużo mimo swej niepozorności, jest bowiem powieścią ze wszech miar wybitną. Doskonała pod względem językowym, odwołująca się do tradycji w sposób tak bezpretensjonalny, że lektura jest niczym innym, jak czystą przyjemnością, reinterpretująca znaną od dawna historię, i tak dalej, i tak dalej zalety mnożą się w nieskończoność. My jednakże zamierzamy skupić się tylko na jednym aspekcie: zastanowić się, jak ma się powieść niemieckiego noblisty do utworów, których styl w jawny sposób naśladuje (nie powiemy jeszcze – parodiuje, pastiszuje – bo o wyborze odpowiedniego słowa zdecydujemy po odpowiednio rzetelnych badaniach), czyli – hagiografii świętych świata chrześcijańskiego.

Czytaj resztę wpisu »

Wacław Potocki, Period siedemnasty

3 Czerwiec 2010

Periody Wacława Potockiego wpisują się w długą tradycję polskich utworów żałobnych, wywodzącą swe początki ze średniowiecza1 i osiągającą apogeum w renesansowej twórczości Jana Kochanowskiego. Nie są jednak owe Periody prostą zabawą erudycyjną w kontynuację ogranych wzorców, tylko szczerym świadectwem ojcowskiego bólu po stracie potomka. Poeta napisał je na okoliczność śmierci swego najstarszego syna – Stefana, który zmarł z wycieńczenia po bitwie chocimskiej w roku 1673. Cykl został ukończony rok później2.

Owe osiemnaście trenów to bardzo słabo znana karta w dorobku Potockiego. Przekrojowe opracowania literatury epoki baroku poświęcają im – jeśli w ogóle – co najwyżej parę (dosłownie) zdań, a w monografii powstałej w trzechsetlecie śmierci poety3 nie ma o nich ani słowa! Ostatnio jednak badacze wydają się zwiększać swoje zainteresowanie tą bardziej osobistą stroną twórczości Wacława Potockiego – przykładem próba analizy Periodu XV, której niespełna dziesięć lat temu podjęła się Estera Lasocińska4. My postaramy się bliżej przyjrzeć Periodowi XVII5.

Czytaj resztę wpisu »

Paulo postanawia pisać

25 Październik 2009

Przeczytałem książkę Paula Coelho.

Pierwszą i na razie ostatnią. Nie, nie jestem zniesmaczony (no, może trochę), nie będę wyżywał się ponad miarę, ani tym bardziej nie zamierzam kreować się na znawcę literatury czytającego Ulissesa do śniadania, z pogardą spoglądającego na maluczkich. Czytałem w życiu o wiele większe gnioty (ot, choćby dzieła innego „bestsellerowca” – Dana Browna), chociaż też krocie książek lepszych. „Weronika postanawia umrzeć” – bo ta właśnie pozycja wpadła w me ręce – pozostawiła mnie w stanie sprzecznych uczuć; podczas lektury głównie irytowała, ale też potrafiła zaciekawić i poruszyć. Zacznijmy jednak od początku.

Przede wszystkim jest ona fatalna literacko, sprawia wrażenie raczej szkicu napisanego na kolanie w brudnopisie podczas wolnego popołudnia, niż pełnoprawnej powieści. Okazuje się, że to nie tylko wrażenie – w istocie tak właśnie jest, gdyż – jak się okazuje – napisanie jednej książki zajmuje Paulowi Coelho średnio trzy tygodnie. To wiele wyjaśnia.

Płodność pisarza i prędkość tworzenia muszą budzić podziw czy może zazdrość, jednak jasno widać, że mistrzem słowa on nie jest. Zdania proste do bólu, chwyty formalne na poziomie uzdolnionego ucznia gimnazjum, brak wyczucia tego, co trzeba napisać, a co warto by było pozostawić inteligencji odbiorcy, całkowita nieumiejętność sterowania nastrojem – oto cechy jego pisarstwa.

Fabułka pędzi do przodu, nie pozostawiając ani chwili na nudę, kolejne akapity gładko objaśniają co się w danej chwili dzieje i dlaczego, tak by czytelnik nie musiał ani przez chwile wątpić w motywacje bohaterów. Bohaterowie i wszystkie postaci w ogóle zarysowane są płasko, wydaje się, że charakter każdej z nich wzoruje Coelho na własnych przeżyciach wewnętrznych, tak jakby nie potrafił wyobrazić sobie innych, niż swoja własna, perspektyw spojrzenia na świat. Stworzone są – jak i cała historia – głównie po to, by wygłaszać drętwe kwestie o tym, jak żyć by szczęśliwym być. Kolejne rozdziały kończą się tanimi moralizatorskimi monologami, których semantykę streścić można zestawem komunałów: „bądź sobą”!, „nie bój się ryzykować”!, „walcz o szczęście”!, „odnajdź radość życia”! i tak dalej i tak dalej.

A jednak – da się to czytać. Co prawda zgrzytając zębami na kulawą konstrukcję zdań (może to wina tłumaczenia?), nielogiczności fabuły, nachalne serwowanie życiowych mądrości, suche dialogi i nieprawdopodobne reakcje bohaterów, ale – da się. I nawet przyjemność jakąś z tego czerpać, i może jakąś złotą myśl wyłowić – wśród całej plejady tych banalnych, znaleźć coś przemawiającego do serca?

Tak jak istnieją książki-czytadła sensacyjne, fantastyczne, kryminalne, tak istnieją czytadła – bo ja wiem – moralizatorsko-filozoficzne (tę tezę stawiam oczywiście po to, by zaliczyć „Weronikę…” do tego ostatniego rodzaju). Idealne by poczytać w pociągu, na plaży, w sytuacji gdy nie mamy ochoty na nic poza niezobowiązującą rozrywką i bezmyślnym zatraceniem w słowie. Ale zachwycać się, budować kapliczki ku czci, ubóstwiać? To niestety świadczyć musi o kiepskim guście, małym oczytaniu, braku smaku. O tych cechach, które charakteryzują dzisiaj przeciętnego odbiorcę literatury i które przesądzają o wyglądzie list bestsellerów.

Jednak jeśli komuś sprawia ta literatura radość, co więcej – jeśli ktoś odnajduje w niej recepty na życie i motywacje do działania – należy się tylko cieszyć, że ktoś taki jak Paulo Coelho istnieje.

Czytać nikt nikomu nie każe.

Światy Dukaja, cz. II

15 Lipiec 2009

Znalazłszy podczas wakacji trochę więcej czasu niż zwykle na czytanie, przebrnąłem przez kolejne parę tekstów ze zbioru opowiadań Jacka Dukaja „W kraju niewiernych”. „Przebrnąłem” nie jest może słowem najszczęśliwszym, bo w ostateczności było to doświadczenie jak najbardziej przyjemne; jednak z drugiej strony użyłem go nieprzypadkowo.

Konstruuje bowiem Dukaj swoje historie w sposób specyficzny: wrzuca nas od razu w środek wymyślonego przezeń świata, zalewa specyficzną dla owego świata (czasem jest to wręcz wiele światów na raz…) terminologią nie trudząc się jakimkolwiek jej objaśnianiem, wprowadza postaci bez żadnej wstępnej prezentacji, po prostu każąc obserwować ich działania o nieznanych dla nas motywach. Bywa to frustrujące, bo przez pierwsze kilka-kilkanaście stron ledwo można zorientować się o co chodzi i im dłużej ów stan dezorientacji trwa, tym większą mamy ochotę rzucić książkę w diabły; na szczęście zawsze tuż przed owym kulminacyjnym momentem nieprzyjaznych uczuć daje Dukaj czytelnikowi jakąś wskazówkę, akapit przybliżający realia, jedno zdanie od którego nagle wszystko zaczyna mieć sens. I następuje cudowne składanie wszystkich informacji w całość, zazębienie słownych puzzli i oszołomienie kolejną wizją przyszłości która roztacza się przed naszymi oczyma. Frustracja zastąpiona przez zachwyt.

Nie są te opowiadania błahymi historyjkami SF, których fabuły byłyby tylko pretekstem do strzelania laserami czy wymachiwania błyskającymi mieczami. Chociaż przyznać trzeba, że widać wielką radość jaką czerpie Dukaj z umieszczania w swoich rzeczywistościach wymyślnych wynalazków, przyszłościowych rekwizytów – tego co obiecują nam dziś naukowcy, a co wciąż wydaje się bajką. Znajdą się zatem – a jakże – i lasery, i międzygwiezdne bramy, i supernowoczesne pancerze, i komputery, które z przejściem testu Turinga nie miałyby najmniejszych kłopotów. I nie zawsze owe cuda będą podporządkowane historii, czasem będzie chodziło tylko i wyłącznie o radosną, dziecięcą zabawę. Bo któż z nas nie bawił się żołnierzykami, któż nie marzył o dzierżeniu świetlnego miecza, któż nie szuka w literaturze rozrywki? Cóż, jeśli ktoś taki by się znalazł – źle trafił.

Jednak najważniejsze w tym wszystkim jest to, że owe popisy Dukajowej wyobraźni nie są sztuką samą dla siebie. Zamiast wciskać wam, drodzy czytelnicy, nic nie znaczące ogólniki jakie to w tych opowiadaniach odnaleźć możemy filozoficzne, metafizyczne i nie wiadomo jakie jeszcze rozważania, napiszę parę słów o jednym z owych opowiadań. „Ziemia Chrystusa” to wizja przyszłości, w której ludzkość nauczyła się eksplorować światy równoległe. Nie jest powiedziane w jaki dokładnie sposób – wiadomo tylko, że zgodnie z teorią chaosu alteracja jakiegoś nic nie znaczącego wydarzenia może wpłynąć na dalsze losy całego świata, że rzecz ma związek z kwantowym niedeterminizmem i że technologia ma oczywiście pewne ograniczenia (dla przykładu: znalezienie takiego alternatywnego świata nie jest proste); natomiast dokładnie nakreślone zostają implikacje polityczne i społeczne jakie owa technologia powoduje: toczą się międzyświatowe wojny, powstają jednostki wyspecjalizowane w analizowaniu i anektowaniu odkrywanych światów, rozwijają się nowe dziedziny nauki, trwa nieustanny wyścig zbrojeń i walka o nowe zdobycze. Już taka wizja sama w sobie jest ciekawa, zwłaszcza że przekonująco przedstawiona, z dbałością o wszelkie detale, mająca jakieś tam naukowe podstawy. Jednak chociażby tytuł wskazuje na to, że opowiadanie jest o czymś więcej.

Bo oto odkryta zostaje alternatywna Ziemia. Ziemia, w której Chrystus nie umarł a zaczął panować, stworzył swoje królestwo; i zapanowała powszechna szczęśliwość. Na taki świat wysłana zostaje niczego nie spodziewająca się grupa zwiadowców – jakie będzie ich zdziwienie gdy okaże się, że napotkany tubylec na pytanie czy wierzy w Boga ze zdumieniem, nie rozumiejąc o co chodzi, odpowie im, że przecież „On jest„, jakże więc mógłby w Niego wierzyć? I że rozbrajająco oznajmi im, tym cynicznym, uzbrojonym w najnowsze zdobycze techniki, zastanawiającym się jak tu ten świat podbić żołnierzom: „Ja was kocham”. Co pomyśli jeden z nich, ten dla którego człowiek to jedynie deterministyczna, uwarunkowana przez historię, środowisko i geny maszyna; jak zachowa się inny – katolik-neofita – dla którego, wydawałoby się, taki świat to spełnienie marzeń? I jeszcze: czy oczywisty dowód istnienia Boga w jednej z alternatywnych rzeczywistości implikuje Jego istnienie – mniej namacalne, ale jednak istnienie – w każdej innej? Jak w ogóle ma się Bóg do idei światów alternatywnych?

Ostateczne rozwiązanie historii skupi się na człowieku a nie – nauce czy teologii. Jednak to, jakie ono będzie – tego już zdradzać nie będę.

Światy Dukaja, cz. II

Wśród opowiadań, które przeczytałem znalazła się również Katedra, doskonale wszystkim znana dzięki Tomaszowi Bagińskiemu – ale czy na pewno? Jak się okazuje, jego nominowany do Oscara film z samym opowiadaniem nie ma wiele wspólnego – jedynie tytułową katedrę, żywokryst (budulec z którego jest zbudowana) i mniej więcej zakończenie historii – zatem po jego przeczytaniu tym bardziej docenia się wyobraźnię Tomka. Bo zainspirowany przez Dukaja stworzył coś całkiem swojego, twórczo interpretując pierwowzór.

A samo opowiadanie? Chyba w nim najdalej przesunięta jest granica momentu, kiedy wszystko staje się jasne – już miałem dać sobie spokój gdy w końcu nastąpił moment olśnienia. Ale może dlatego odniosłem takie wrażenie, że oczekiwałem czegoś bardziej zbliżonego do filmu, chciałem dostać wreszcie opis owej słynnej katedry, skonfrontować go z obrazem. Nie tak szybko jednak; jak wspomniałem wyżej – oprócz samej katedry uraczeni jesteśmy również całkiem interesującą historią, ludzkim dramatem i paroma fantastyczno-naukowymi zabawkami. Warto byłoby przeczytać nawet i bez Bagińskiego.

Na tylnej stronie okładki napisano, że Dukaj jest jednym z najciekawszych współczesnych polskich prozaików. Po tym co napisałem wyżej, chyba nie muszę dodawać, że w pełni się z tym zgadzam. Tamże widnieje też rok urodzenia pisarza – 1974. Na końcu każdego opowiadania podana jest data jego powstania; jakże niesamowitym jest fakt, iż większość z nich napisał w wieku lat około dwudziestu. Geniusz?


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.