Tadeusz Peiper – „Naga” (Reminiscencja)

6 Grudzień 2009 - autor: Krzysztof

„Nie rozumiem tego zupełnie: milcz i tylko paruj“.

Och, dziewczyno wciąż nieskalana podłością, to takie proste!

…Jest już po wszystkim, on leży leniwie, rozmyślając o słodkich chwilach minionej przyjemności. Ona – całkowicie nieważna, ledwie ciało służące zaspokojeniu dzikich rządz; panna z małomiasteczkowej rzeźni, cóż ważkiego mogłaby mieć do powiedzenia? Nie, niech milczy, tak będzie najlepiej, tak właśnie!

Uwiedziona przez czarną retorykę bezwzględnego amanta, oczarowana przez czułe słówka, nie podejrzewająca, że posłuży jedynie zaspokojeniu pożądania. Oddana całkowicie w jego władanie – zwierzęcy szał miłości unosi się jeszcze w powietrzu, gdy leżymy wraz z nimi – już po – w dusznej atmosferze parnej nocy, obserwując spocone ciała, czując wyczerpane mięśnie, wdychając woń spełnienia.

On jeszcze się zastanawia, czy porzucić ją, zniszczyć marzenia, pozostawić w hańbie – podpał, na ruszt! Czy może – może wziąć ją ze sobą, pokazać światu, może się nadaje, może jest dostatecznie piękna, dostatecznie pojętna. Będzie jego muzą, jego zabawką, będzie z nią brylował na bankietach, chwalił się w towarzystwie a wieczorami – sięgał po to, co jego. Tak! Wyrwać ją z tej rzeźni dającej początek wszystkiemu, nauczyć życia, otworzyć oczy, zapisać jak kartkę papieru…

Nieszczęsna, lepiej byłoby ci spłonąć!

Bo czarne to będą słowa, poemat zwątpień, łez i upokorzeń. A chwile płochego szczęścia skończą się równie szybko jak złudzenia o delikatności kochanka. Cisza będąca niemym wyrzutem, noc – wyuzdaniem, a woń róż przeplata jeszcze jeden zapach. Zapach barbarzyństwa.

***

Naga

Naga, w obłoku z pościeli, wrysowana w ciszę,
w kołysce z nocy, z nocy o kształcie ust,
na echach słów mych, dzieł czarnego czaru,
naga, na echach, gdy będziesz błyszczała
złota miednica, a w niej z pereł kurz,
ty, kartka papieru którą ja zapiszę
lub może wcześniej rzucę ją, podpał, na ruszt,
naga, w ciszę wklejona, milcz i tylko paruj.
Od słów twych wyżej cenię szept twój, szept twojego ciała,
woń twojego ciała, woń rzeźni i róż.

Tadeusz Peiper

Mitologiae

30 Listopad 2009 - autor: Krzysztof

Przeszczęśliwym studentem wymarzonej Szkoły poetów będąc i – w związku z tym – przygotowując się do kolokwium, przeczytałem najróżniejsze opracowania mitologii greckiej. W kolejności chronologicznej: „Mity starożytnej Grecji” Roberta Gravesa (lektura dla piątej szkoły klasy podstawowej, jak wynika z okładki),  „Mitologia” Jana Parandowskiego, początek „Mitów Greków i Rzymian” Wandy Markowskiej, „Starożytność bajeczna” Tadeusza Zielińskiego.

Ta ostatnia (dorwana za grosze w jednym z antykwariatów – cóż za radość) wywarła na mnie najlepsze wrażenie. Jest napisana pięknym językiem – poetyckim, lekko archaicznym, dokładnie takim jaki uwielbiam. W przeciwieństwie do suchych wywodów Parandowskiego, “Starożytność…” czyta się jak najlepszą powieść, albo może inaczej – fascynującą baśń. Pełną dramatyzmu, ale i wzruszeń. Ładne jest u Zielińskiego jego nienachalne moralizatorstwo, kiedy podaje swoje puenty kolejnych mitów, podobać się również musi podkreślanie niejasności co poniektórych wątków, ich współistnienia w wielu wersjach – „różnie ludzie gadają”…

W dziele Parandowskiego widzę dwie zalety, w tym jedną – zwięzłość – będącą też wadą. Druga to wplatanie cytatów z dzieł innych pisarzy. I tak na przykład czytając o przygodach Heraklesa, uraczeni zostaniemy fragmentem z Mickiewicza:

Dzieckiem w kolebce kto łeb urwał Hydrze,
Ten młody zdusi Centaury,
Piekłu ofiarę wydrze,
Do nieba pójdzie po laury.

Kapitalny pomysł!

O mitologii Gravesa wiele powiedzieć nie mogę; cienka ta książeczka posłużyła mi za wstęp do studiów nad mitami, aczkolwiek większych emocji nie wzbudziła. Równie sucha jak Parandowski, pozbawiona jednak odniesień do naszej literatury – nie broni się niczym.

Markowską zacząłem tuż po skończeniu Parandowskiego – wydała mi się zrazu o niebo ciekawsza, jednak lekturę zakończyłem w chwili zdobycia „Starożytności…”. Rzecz w tym, że u Markowskiej po raz trzeci dostałem ten sam schemat: najpierw opowiedzmy o stworzeniu świata, potem po kolei o każdym z bogów, następnie przejdźmy do herosów… Ileż można!

Tadeusz Zieliński rozwiązał rzecz o wiele sprytniej – chwali się tym zresztą we wstępie – zaczyna od razu od bohaterów, nie kłopocząc się nudnawym wyliczaniem bogów i ich właściwości. Najważniejsze jednak, że nie odnosimy wrażenia wyrwania z kontekstu. Historia toczy się wartko, cały czas dostrzegamy związki przyczynowo-skutkowe, geografię Grecji poznajemy stopniowo, nie skacząc frenetycznie z miejsca na miejsce, położenie zdarzeń w czasie również nie sprawia kłopotu. Zanim się obejrzymy będziemy w stanie stwierdzić, co robił Tezeusz w chwili, gdy Herakles potykał się z Nemejskim lwem lub też – czy Achilles mógł znać Orfeusza.

Czytając tyle wariacji na ten sam temat, nie można nie zwrócić uwagi na różnice. Jasnym jest, że mitologia grecka nie ma swojej jednej obowiązującej wersji. Pamiętajmy, że owe podania były przekazywane przez śpiewaków – a ci nie uczyli się ich na pamięć; za każdym razem tę samą historię mogli opowiedzieć w inny sposób. Oczywiście ogólny zarys się zgadzał, gorzej natomiast ze szczegółami. I to nawet dość istotnymi. Podam jeden przykład: mój ulubiony mit o Apollu i Marsjaszu, na wieki wpisany w naszą polską tradycję literacką dzięki wierszowi Zbigniewa Herberta pod takim właśnie tytułem („Apollo i Marsjasz”). Otóż w każdej z czytanych przeze mnie mitologii przedstawiony został trochę inaczej: a to Apollo wyzywa na pojedynek Marsjasza, a to Marsjasz – Apolla; sędziowie mogą nie mieć wątpliwości już po jednej rundzie, ale może też być potrzebna dogrywka – gra na odwróconych instrumentach to pewna zguba dla satyra (satyra? a może człowieka jeno?) grającego na fujarce, natomiast dla Feba trącającego liryczne struny – fraszka. Na pominięcie nieludzkiej (a jakże, toż z bogiem przyszło mu się potykać) kary nie może nieszczęsny Marsjasz liczyć…

W żadnej natomiast z mitologii nie było mi dane przeczytać o prawdziwej genezie straszliwego Minotaura. Lecz czy na pewno prawdziwej? Czy to nie „najdziwniejsze plotki”, których nie wypada powtarzać i czy „byk Minosa” nie był po prostu karą zesłaną przez bogów na pysznego króla?

W tym może tkwi piękno tych ponadczasowych opowieści – one żyją już własnym życiem i tylko od nas zależy, jaką nadamy im estetykę i jak je zintepretujemy.

Idiota?

2 Listopad 2009 - autor: Krzysztof
Tak to w świecie literatury bywa, że jedne teksty nawiązują do innych, zapożyczają wątki, naśladują chwyty formalne, opowiadają znane motywy na nowo, parafrazują. W „Rzeźni numer pięć” łatwo taką intertekstualność zaobserwować; mianowicie jedna z postaci stwierdza, jakoby u Dostojewskiego było wszystko, czego można dowiedzieć się o życiu. Co prawda nie ma ona na myśli całej twórczości rosyjskiego geniusza prozy, a jedynie konkretną pozycję  – „Braci Karamazow”, nie wydaje mi się jednak, by miało to większe znaczenie. Na pewno nie takie, jak typowo Vonnegutowska puenta: ale to już nie wystarcza. Cóż, w niewesołych czasach przyszło nam żyć, skoro nawet w księgach nie znajdziemy zadowalających odpowiedzi. Nie znaczy to jednak, że nie warto samemu się przekonać o bezcelowości dociekań i samemu nie udać się na poszukiwaniaa świętego Graala mądrości!

Od dawna kusiły mnie tytuły takie jak „Idiota” czy „Biesy”, ale jakoś nie potrafiłem się zebrać by po nie sięgnąć. Jednym z powodów, dla których zawsze miałem do przeczytania coś ważniejszego, był ich odstraszający wygląd. Bo otóż trzeba wam wiedzieć, że mam w domu rodzinnym całkiem pokaźną biblioteczkę – o znajdujących się w niej książkach można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że są nowe. Rozpadające się komunistyczne wydania mają swój urok, jednak nie zawsze zachęcają do zawarcia bliższej znajomości ze skrywaną treścią. Poza tym, w pamięci miałem moją jedyną jeszcze do niedawna przygodę z Dostojewskim – chodzi oczywiście o „Zbrodnię i karę”, która jako lektura pozostawiła trochę ambiwalentne uczucia (w tym miejscu postuluję za tym, by lekturami były jedynie powieści nudne i nieciekawe, ażeby nie niszczyć przyjemności z czytania dzieł wybitnych)! W końcu jednak przemogłem się i postanowiłem poczytać „Idiotę”.

Jak się okazało wybór był to doskonały, a główny bohater – książę Myszkin – na zawsze już pozostanie jednym z najbliższych mi bohaterów literackich. Po kolei jednak.

W książce dzieje się niewiele, samej akcji jest co prawda trochę więcej niż w mojej ulubionej „Siekierezadzie”, ale na pewno nie jest to powieść dla wielbicieli tanich czytadeł spod znaku Dana Browna czy Harlana Cobena. Tutaj całą esencją są dialogi, relacje między bohaterami i doskonale kreślona psychologia postaci.

Dostojewski w kreśleniu wiarygodnych sylwetek bohaterów i opisywaniu emocji nimi targających wydaje się być niedoścignionym mistrzem – niesamowite w jakim stopniu ten pisarz potrafił oddać istotę rzeczy w tej właśnie materii (będącej w istocie materii przeciwieństwiem). Jak to się dzieje, że jeden człowiek może zrozumieć i przekazać prawdę o ludzkich umysłach, tak przecież różnych, mając wgląd tylko w jeden – swój własny? Nie bez przyczyny uważa się Dostjewskiego za jednego z najważniejszych powieściopisarzy – nie tylko XIX wieku, ale i – w ogóle.Jak wspomniałem wyżej, to co szczególnie mnie zachwyciło, to postać głównego bohatera, tytułowego idioty. Ufność, szczerość, prostoduszność – cechy te, mimo że pozytywne, nie są dziś w cenie. Wydaje się wręcz że osoby, u których szczególnie mocno się one manifestują, są nie do końca rozgarnięte, bo przecież odrobina inteligencji wystarczy by zauważyć, że świat nie jest tak piękny jak chcielibyśmy żeby był, a wiara w ludzi musi mieć jakieś ograniczenia – wystarczy rozejrzeć się wokół! Z tego właśnie powodu bohater „Idioty”, będący ucieleśnieniem owych cech, przez wielu uznawany jest za – no właśnie – idiotę. Oczywiście jak łatwo się domyślić, całkowicie niesłusznie, co zresztą bardziej spostrzegawcze postaci pojawiające się na kartach powieści po pewnym czasie ze zdumieniem zauważają. Jeszcze wcześniej zauważy to czytelnik, a to dzięki narratorowi niejednokrotnie przybliżającemu nam to, co bohaterom w duszach gra.

Książę to w istocie człowiek mądry, doskonale rozumiejący zawiłości ludzkich spraw – często zaskakujący przenikliwymi komentarzami. Ujmująca jest jego naiwność i prostoduszność, która może sugerować tępotę. Bo, dla przykładu, nigdy nie wyczuwa on ironii, każde pytanie traktuje poważnie i od razu rwie się do udzielania wyczerpującej odpowiedzi, mimo że przecież nikt tego nie oczekuje. Chętnie też dzieli się swoimi przemyśleniami, nie zważając na to, czy rozmówca jest nimi zainteresowany, czy konwersację prowadzi ze zwykłej grzeczności. W pewnym momencie książę okazuje się dziedzicem całkiem pokaźnej fortuny, co – rzecz jasna – zwabia do niego wszelkiej maści warchołów próbujących oszukać „idiotę”. On doskonale zdaje sobie z tego sprawę, mimo to każdemu stara się w miarę możliwości pomóc, w każdym stara się dostrzec kogoś więcej niż bezwzględnego hochsztaplera – w jego mniemaniu każdy w głębi serca jest dobry.

Ale dość już o głównym bohaterze – mam nadzieję, że udało mi się mniej więcej nakreślić jego niezwykłość i zachęcić do zawarcia z nim bliższej znajomości. Na wypadek gdyby się tak jednak nie stało, napiszę parę słów o samej książce. We wstępie straszyłem, że niewiele się w niej dzieje i że miłośnicy sensacyjnych czytadeł nie mają tu czego szukać. Nie jest to do końca prawda, bo powieść czyta się znakomicie.

Swoją strukturą przypomina sztukę teatralną. Podzielona jest na cztery części, z których każda to opis spójnego – czasowo i przestrzennie – ciągu wydarzeń. Natomiast przy przejściach między nimi czas ową spójność traci, dlatego do każdego aktu krótko wprowadza nas narrator, opowiadając pokrótce co wydarzyło się w dniach i miesiącach, które w przerwie upłynęły. Często opowieść ta ma formę przytaczania plotek i domysłów chodzących po mieście, zatem od razu chcemy czytać dalej by dowiedzieć się, jak dalekie są one od rzeczywistości. Oprócz podziału na akty, teatralności dodaje ograniczona ilość miejsc, w których dzieje się akcja (zdarza się, że przez wiele dziesiątek stron obserwujemy po prostu jedno pomieszczenie, przez które przewijają się coraz to nowe osoby) oraz sposób prowadzenia dialogów, które często składają się z kolejno wygłaszanych, sążnistych monologów. Paradoksalnie, taka konstrukcja może stanowić pewien powiew świeżości, bo dziś w dobrym tonie jest raczej wydawanie powieści poszatkowanych, o setkach wątków z których ostatecznie nic nie wynika. Tutaj rzecz wygląda inaczej – wszystko jest logicznie poukładane i ani przez moment nie musimy zastanawiać się: „o co, do cholery, chodzi”?

„Idiota” to uczta intelektualna na najwyższym poziomie i jednocześnie zajmująca rozrywka. Czytając o perypetiach księcia, naiwnego idealisty, niejednokrotnie uśmiechniemy się w duchu, zaśmiejemy w głos ale też zadumamy i westchniemy – może z rozrzewieniem, może ze smutkiem. Bo nie brakuje w tej książce momentów i komicznych i dramatycznych – jak to w życiu.

Paulo postanawia pisać

25 Październik 2009 - autor: Krzysztof

Przeczytałem książkę Paula Coelho.

Pierwszą i na razie ostatnią. Nie, nie jestem zniesmaczony (no, może trochę), nie będę wyżywał się ponad miarę, ani tym bardziej nie zamierzam kreować się na znawcę literatury czytającego Ulissesa do śniadania, z pogardą spoglądającego na maluczkich. Czytałem w życiu o wiele większe gnioty (ot, choćby dzieła innego „bestsellerowca” – Dana Browna), chociaż też krocie książek lepszych. „Weronika postanawia umrzeć” – bo ta właśnie pozycja wpadła w me ręce – pozostawiła mnie w stanie sprzecznych uczuć; podczas lektury głównie irytowała, ale też potrafiła zaciekawić i poruszyć. Zacznijmy jednak od początku.

Przede wszystkim jest ona fatalna literacko, sprawia wrażenie raczej szkicu napisanego na kolanie w brudnopisie podczas wolnego popołudnia, niż pełnoprawnej powieści. Okazuje się, że to nie tylko wrażenie – w istocie tak właśnie jest, gdyż – jak się okazuje – napisanie jednej książki zajmuje Paulowi Coelho średnio trzy tygodnie. To wiele wyjaśnia.

Płodność pisarza i prędkość tworzenia muszą budzić podziw czy może zazdrość, jednak jasno widać, że mistrzem słowa on nie jest. Zdania proste do bólu, chwyty formalne na poziomie uzdolnionego ucznia gimnazjum, brak wyczucia tego, co trzeba napisać, a co warto by było pozostawić inteligencji odbiorcy, całkowita nieumiejętność sterowania nastrojem – oto cechy jego pisarstwa.

Fabułka pędzi do przodu, nie pozostawiając ani chwili na nudę, kolejne akapity gładko objaśniają co się w danej chwili dzieje i dlaczego, tak by czytelnik nie musiał ani przez chwile wątpić w motywacje bohaterów. Bohaterowie i wszystkie postaci w ogóle zarysowane są płasko, wydaje się, że charakter każdej z nich wzoruje Coelho na własnych przeżyciach wewnętrznych, tak jakby nie potrafił wyobrazić sobie innych, niż swoja własna, perspektyw spojrzenia na świat. Stworzone są – jak i cała historia – głównie po to, by wygłaszać drętwe kwestie o tym, jak żyć by szczęśliwym być. Kolejne rozdziały kończą się tanimi moralizatorskimi monologami, których semantykę streścić można zestawem komunałów: „bądź sobą”!, „nie bój się ryzykować”!, „walcz o szczęście”!, „odnajdź radość życia”! i tak dalej i tak dalej.

A jednak – da się to czytać. Co prawda zgrzytając zębami na kulawą konstrukcję zdań (może to wina tłumaczenia?), nielogiczności fabuły, nachalne serwowanie życiowych mądrości, suche dialogi i nieprawdopodobne reakcje bohaterów, ale – da się. I nawet przyjemność jakąś z tego czerpać, i może jakąś złotą myśl wyłowić – wśród całej plejady tych banalnych, znaleźć coś przemawiającego do serca?

Tak jak istnieją książki-czytadła sensacyjne, fantastyczne, kryminalne, tak istnieją czytadła – bo ja wiem – moralizatorsko-filozoficzne (tę tezę stawiam oczywiście po to, by zaliczyć „Weronikę…” do tego ostatniego rodzaju). Idealne by poczytać w pociągu, na plaży, w sytuacji gdy nie mamy ochoty na nic poza niezobowiązującą rozrywką i bezmyślnym zatraceniem w słowie. Ale zachwycać się, budować kapliczki ku czci, ubóstwiać? To niestety świadczyć musi o kiepskim guście, małym oczytaniu, braku smaku. O tych cechach, które charakteryzują dzisiaj przeciętnego odbiorcę literatury i które przesądzają o wyglądzie list bestsellerów.

Jednak jeśli komuś sprawia ta literatura radość, co więcej – jeśli ktoś odnajduje w niej recepty na życie i motywacje do działania – należy się tylko cieszyć, że ktoś taki jak Paulo Coelho istnieje.

Czytać nikt nikomu nie każe.

I’m a leaf on the wind!

17 Wrzesień 2009 - autor: Krzysztof

Spłodziłem swego czasu tekst (z perspektywy czasu wydaje mi się marny, więc nie musicie trudzić się czytaniem) o doktorze Housie, inaugurując tym samym dział poświęcony wybitnym (o byle czym pisać nie będę) dziełom popkultury. Czas zatem rozbudować go teraz o kolejną apoteozę serialu, tym razem jednak o wiele mniej znanego i oklepanego. Tytuł jego brzmi Firefly.

Czytaj resztę wpisu »