Tak to w świecie literatury bywa, że jedne teksty nawiązują do innych, zapożyczają wątki, naśladują chwyty formalne, opowiadają znane motywy na nowo, parafrazują. W „Rzeźni numer pięć” łatwo taką intertekstualność zaobserwować; mianowicie jedna z postaci stwierdza, jakoby u Dostojewskiego było wszystko, czego można dowiedzieć się o życiu. Co prawda nie ma ona na myśli całej twórczości rosyjskiego geniusza prozy, a jedynie konkretną pozycję – „Braci Karamazow”, nie wydaje mi się jednak, by miało to większe znaczenie. Na pewno nie takie, jak typowo Vonnegutowska puenta: ale to już nie wystarcza. Cóż, w niewesołych czasach przyszło nam żyć, skoro nawet w księgach nie znajdziemy zadowalających odpowiedzi. Nie znaczy to jednak, że nie warto samemu się przekonać o bezcelowości dociekań i samemu nie udać się na poszukiwaniaa świętego Graala mądrości!
Od dawna kusiły mnie tytuły takie jak „Idiota” czy „Biesy”, ale jakoś nie potrafiłem się zebrać by po nie sięgnąć. Jednym z powodów, dla których zawsze miałem do przeczytania coś ważniejszego, był ich odstraszający wygląd. Bo otóż trzeba wam wiedzieć, że mam w domu rodzinnym całkiem pokaźną biblioteczkę – o znajdujących się w niej książkach można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że są nowe. Rozpadające się komunistyczne wydania mają swój urok, jednak nie zawsze zachęcają do zawarcia bliższej znajomości ze skrywaną treścią. Poza tym, w pamięci miałem moją jedyną jeszcze do niedawna przygodę z Dostojewskim – chodzi oczywiście o „Zbrodnię i karę”, która jako lektura pozostawiła trochę ambiwalentne uczucia (w tym miejscu postuluję za tym, by lekturami były jedynie powieści nudne i nieciekawe, ażeby nie niszczyć przyjemności z czytania dzieł wybitnych)! W końcu jednak przemogłem się i postanowiłem poczytać „Idiotę”.
Jak się okazało wybór był to doskonały, a główny bohater – książę Myszkin – na zawsze już pozostanie jednym z najbliższych mi bohaterów literackich. Po kolei jednak.
W książce dzieje się niewiele, samej akcji jest co prawda trochę więcej niż w mojej ulubionej „Siekierezadzie”, ale na pewno nie jest to powieść dla wielbicieli tanich czytadeł spod znaku Dana Browna czy Harlana Cobena. Tutaj całą esencją są dialogi, relacje między bohaterami i doskonale kreślona psychologia postaci.
Dostojewski w kreśleniu wiarygodnych sylwetek bohaterów i opisywaniu emocji nimi targających wydaje się być niedoścignionym mistrzem – niesamowite w jakim stopniu ten pisarz potrafił oddać istotę rzeczy w tej właśnie materii (będącej w istocie materii przeciwieństwiem). Jak to się dzieje, że jeden człowiek może zrozumieć i przekazać prawdę o ludzkich umysłach, tak przecież różnych, mając wgląd tylko w jeden – swój własny? Nie bez przyczyny uważa się Dostjewskiego za jednego z najważniejszych powieściopisarzy – nie tylko XIX wieku, ale i – w ogóle.Jak wspomniałem wyżej, to co szczególnie mnie zachwyciło, to postać głównego bohatera, tytułowego idioty. Ufność, szczerość, prostoduszność – cechy te, mimo że pozytywne, nie są dziś w cenie. Wydaje się wręcz że osoby, u których szczególnie mocno się one manifestują, są nie do końca rozgarnięte, bo przecież odrobina inteligencji wystarczy by zauważyć, że świat nie jest tak piękny jak chcielibyśmy żeby był, a wiara w ludzi musi mieć jakieś ograniczenia – wystarczy rozejrzeć się wokół! Z tego właśnie powodu bohater „Idioty”, będący ucieleśnieniem owych cech, przez wielu uznawany jest za – no właśnie – idiotę. Oczywiście jak łatwo się domyślić, całkowicie niesłusznie, co zresztą bardziej spostrzegawcze postaci pojawiające się na kartach powieści po pewnym czasie ze zdumieniem zauważają. Jeszcze wcześniej zauważy to czytelnik, a to dzięki narratorowi niejednokrotnie przybliżającemu nam to, co bohaterom w duszach gra.
Książę to w istocie człowiek mądry, doskonale rozumiejący zawiłości ludzkich spraw – często zaskakujący przenikliwymi komentarzami. Ujmująca jest jego naiwność i prostoduszność, która może sugerować tępotę. Bo, dla przykładu, nigdy nie wyczuwa on ironii, każde pytanie traktuje poważnie i od razu rwie się do udzielania wyczerpującej odpowiedzi, mimo że przecież nikt tego nie oczekuje. Chętnie też dzieli się swoimi przemyśleniami, nie zważając na to, czy rozmówca jest nimi zainteresowany, czy konwersację prowadzi ze zwykłej grzeczności. W pewnym momencie książę okazuje się dziedzicem całkiem pokaźnej fortuny, co – rzecz jasna – zwabia do niego wszelkiej maści warchołów próbujących oszukać „idiotę”. On doskonale zdaje sobie z tego sprawę, mimo to każdemu stara się w miarę możliwości pomóc, w każdym stara się dostrzec kogoś więcej niż bezwzględnego hochsztaplera – w jego mniemaniu każdy w głębi serca jest dobry.
Ale dość już o głównym bohaterze – mam nadzieję, że udało mi się mniej więcej nakreślić jego niezwykłość i zachęcić do zawarcia z nim bliższej znajomości. Na wypadek gdyby się tak jednak nie stało, napiszę parę słów o samej książce. We wstępie straszyłem, że niewiele się w niej dzieje i że miłośnicy sensacyjnych czytadeł nie mają tu czego szukać. Nie jest to do końca prawda, bo powieść czyta się znakomicie.
Swoją strukturą przypomina sztukę teatralną. Podzielona jest na cztery części, z których każda to opis spójnego – czasowo i przestrzennie – ciągu wydarzeń. Natomiast przy przejściach między nimi czas ową spójność traci, dlatego do każdego aktu krótko wprowadza nas narrator, opowiadając pokrótce co wydarzyło się w dniach i miesiącach, które w przerwie upłynęły. Często opowieść ta ma formę przytaczania plotek i domysłów chodzących po mieście, zatem od razu chcemy czytać dalej by dowiedzieć się, jak dalekie są one od rzeczywistości. Oprócz podziału na akty, teatralności dodaje ograniczona ilość miejsc, w których dzieje się akcja (zdarza się, że przez wiele dziesiątek stron obserwujemy po prostu jedno pomieszczenie, przez które przewijają się coraz to nowe osoby) oraz sposób prowadzenia dialogów, które często składają się z kolejno wygłaszanych, sążnistych monologów. Paradoksalnie, taka konstrukcja może stanowić pewien powiew świeżości, bo dziś w dobrym tonie jest raczej wydawanie powieści poszatkowanych, o setkach wątków z których ostatecznie nic nie wynika. Tutaj rzecz wygląda inaczej – wszystko jest logicznie poukładane i ani przez moment nie musimy zastanawiać się: „o co, do cholery, chodzi”?
„Idiota” to uczta intelektualna na najwyższym poziomie i jednocześnie zajmująca rozrywka. Czytając o perypetiach księcia, naiwnego idealisty, niejednokrotnie uśmiechniemy się w duchu, zaśmiejemy w głos ale też zadumamy i westchniemy – może z rozrzewieniem, może ze smutkiem. Bo nie brakuje w tej książce momentów i komicznych i dramatycznych – jak to w życiu.