Archive for Październik 2009

Paulo postanawia pisać

25 października 2009

Przeczytałem książkę Paula Coelho.

Pierwszą i na razie ostatnią. Nie, nie jestem zniesmaczony (no, może trochę), nie będę wyżywał się ponad miarę, ani tym bardziej nie zamierzam kreować się na znawcę literatury czytającego Ulissesa do śniadania, z pogardą spoglądającego na maluczkich. Czytałem w życiu o wiele większe gnioty (ot, choćby dzieła innego „bestsellerowca” – Dana Browna), chociaż też krocie książek lepszych. „Weronika postanawia umrzeć” – bo ta właśnie pozycja wpadła w me ręce – pozostawiła mnie w stanie sprzecznych uczuć; podczas lektury głównie irytowała, ale też potrafiła zaciekawić i poruszyć. Zacznijmy jednak od początku.

Przede wszystkim jest ona fatalna literacko, sprawia wrażenie raczej szkicu napisanego na kolanie w brudnopisie podczas wolnego popołudnia, niż pełnoprawnej powieści. Okazuje się, że to nie tylko wrażenie – w istocie tak właśnie jest, gdyż – jak się okazuje – napisanie jednej książki zajmuje Paulowi Coelho średnio trzy tygodnie. To wiele wyjaśnia.

Płodność pisarza i prędkość tworzenia muszą budzić podziw czy może zazdrość, jednak jasno widać, że mistrzem słowa on nie jest. Zdania proste do bólu, chwyty formalne na poziomie uzdolnionego ucznia gimnazjum, brak wyczucia tego, co trzeba napisać, a co warto by było pozostawić inteligencji odbiorcy, całkowita nieumiejętność sterowania nastrojem – oto cechy jego pisarstwa.

Fabułka pędzi do przodu, nie pozostawiając ani chwili na nudę, kolejne akapity gładko objaśniają co się w danej chwili dzieje i dlaczego, tak by czytelnik nie musiał ani przez chwile wątpić w motywacje bohaterów. Bohaterowie i wszystkie postaci w ogóle zarysowane są płasko, wydaje się, że charakter każdej z nich wzoruje Coelho na własnych przeżyciach wewnętrznych, tak jakby nie potrafił wyobrazić sobie innych, niż swoja własna, perspektyw spojrzenia na świat. Stworzone są – jak i cała historia – głównie po to, by wygłaszać drętwe kwestie o tym, jak żyć by szczęśliwym być. Kolejne rozdziały kończą się tanimi moralizatorskimi monologami, których semantykę streścić można zestawem komunałów: „bądź sobą”!, „nie bój się ryzykować”!, „walcz o szczęście”!, „odnajdź radość życia”! i tak dalej i tak dalej.

A jednak – da się to czytać. Co prawda zgrzytając zębami na kulawą konstrukcję zdań (może to wina tłumaczenia?), nielogiczności fabuły, nachalne serwowanie życiowych mądrości, suche dialogi i nieprawdopodobne reakcje bohaterów, ale – da się. I nawet przyjemność jakąś z tego czerpać, i może jakąś złotą myśl wyłowić – wśród całej plejady tych banalnych, znaleźć coś przemawiającego do serca?

Tak jak istnieją książki-czytadła sensacyjne, fantastyczne, kryminalne, tak istnieją czytadła – bo ja wiem – moralizatorsko-filozoficzne (tę tezę stawiam oczywiście po to, by zaliczyć „Weronikę…” do tego ostatniego rodzaju). Idealne by poczytać w pociągu, na plaży, w sytuacji gdy nie mamy ochoty na nic poza niezobowiązującą rozrywką i bezmyślnym zatraceniem w słowie. Ale zachwycać się, budować kapliczki ku czci, ubóstwiać? To niestety świadczyć musi o kiepskim guście, małym oczytaniu, braku smaku. O tych cechach, które charakteryzują dzisiaj przeciętnego odbiorcę literatury i które przesądzają o wyglądzie list bestsellerów.

Jednak jeśli komuś sprawia ta literatura radość, co więcej – jeśli ktoś odnajduje w niej recepty na życie i motywacje do działania – należy się tylko cieszyć, że ktoś taki jak Paulo Coelho istnieje.

Czytać nikt nikomu nie każe.