Archive for the ‘literatura’ Category

Istota i sens

24 Maj 2012

„No właśnie co?” – to pytanie Becketta zdaje się podsumowywać cały dorobek humanistycznych poszukiwań Sensu. Zgoda, utwór, w którym pada to dramatyczne pytanie, jak i cała twórczość niezwykłego pisarza, którego enigmatyczna osoba nawet po śmierci unika świata – mimo długiego błądzenia po cmentarzu Montparnasse nie udało mi się odnaleźć jego grobu – niewątpliwie są bardzo wartościowe, jednak ostateczny wniosek – trudno oprzeć się wrażeniu, że absolutnie nic z niego nie wynika. Beckett i wraz z nim współczesna postmodernistyczna filozofia chcą nam powiedzieć, że osiągnęliśmy kres ludzkiego poznania.

Oczywiście, literatura dalej pozwala nam zgłębiać człowieka w całej jego wszechstronności; obecnie, gdy nie ma już żadnych tabu (w literaturze) – bardziej niż kiedykolwiek. Pięliśmy się do tego od dawna: głębia psychologiczna Dostojewskiego, mechanizmy społeczne prezentowane przez Balzaca, niepokoje egzystencjalno-erotyczne Marii Komorowskiej – to wszystko ma swoją niezaprzeczalną wartość, jednak odpowiedzi na fundamentalne pytanie Becketta nie daje.

Zresztą pisarze wydają się też kręcić w kółko: ileż można pisać wciąż o tym samym – o człowieku. To, co wymyślił Gombrowicz ze swoją gębą, powiela Jacek Dukaj, tylko inaczej nazywając: u niego nie przyprawiamy gęby, tylko zamarzamy. Bohater, Benedykt Gierosławski, twierdzi, że nie żyje: jest wszak jedynie zbiorem procesów fizycznych, a wolna wola to furda. Idea stara jak oświeceniowe wizje natury jako wielkiego mechanizmu.

Lód Jacka Dukaja przypomniał mi się, nie wiem dlaczego – dość męcząca ta książka, zachwycająca z początku sceną rozmowy przy kawie z samym Alfredem Tarskim, rozciągająca się w dalszej części niemal ku nieskończonemu czasu; może taki był zamysł artystyczny i może tak miało być. Wszak wrażenie ciągnącej się bez końca podróży koleją oddane zostało w ten sposób znakomicie. Czas – wedle Kanta jeden z wymiarów, przez które postrzegamy rzeczywistość, wcale nie należy obiektywnie do świata a właśnie do nas. Wydaje się, że niemiecki filozof nie mylił się wiele, stwierdzając, że świat możemy poznać jedynie na naszą własną miarę, ograniczeni swoją formą i… gębą? Na tym pesymistycznym, ale jakże prawdziwym stwierdzeniu polegała Kantowska rewolucja.

Tak samo, jak filozof od tamtego czasu musiał zawsze rozbić się o ścianę ludzkiej formy, filtrującą obiektywny świat, tak samo Beckett osiąga kres poznania, punkt, w którym „to” wiecznie się wymyka. Cóż nam pozostaje? W naukach humanistycznych – nic: wciąż kompromitujący się postmodernizm, przekonujący ustami Derridy, że il n’y a pas de hors-texte, może budzić jedynie politowanie. Oto gromadka tak zwanych uczonych, w istocie dzieci we mgle; nie widzą nic i chciałyby uczynić z tego naukę. Jak nisko upadliśmy, że chcemy ich słuchać?

Najlepsza definicja postmodernizmu to ta w wykonaniu Jacka Kaczmarskiego, wspaniale równająca z ziemią ten nurt. I nie, wcale nie jest ten utwór ironiczny, a całkiem serio; to postmoderniści od siedmiu boleści wszędzie chcieliby widzieć ironię, bo przecież życie to jest
„gra i tylko gra”! Nawet moją ukochaną Ziemię Urlo Miłosza pewna odstręczająca badaczka na rocznicowej konferencji chciała sprowadzić do tego pojęcia – ironii – takie to modne teraz. „Bo to o to w końcu chodzi, by niczego nie dowodzić” – ironia i relatywizm załatwią wszystko.

Czy więc osiągnęliśmy dno, gdzie znikąd ratunku?

Będąc w słynnej paryskiej księgarni Shakespeare & Co., należy kupić sobie jakąś pamiątkową książkę. Pomijam milczeniem fakt, że nawet to miejsce dosięgnął upadek i zapanowała powszechna angielszczyzna; próżno szukać czegokolwiek w innym języku. W Paryżu! We Francji! Ani jednej francuskiej książki – smutne. W każdym razie: przechadzałem się wśród półek, ja, pół-humanista, pół-geek i co wybrałem, która strona mej natury przeważyła? Stephena Hawkinga Grand Design.

Poczytałem trochę w samolocie, gdy lądował wśród błysków piorunów na wzburzonym Wrocławiu. Kiedyś powiedzielibyśmy, że to gniewny Zeus ciska pioruny, być może wściekły z powodu jakiejś nieudanej miłostki, a może zły na nas, któż to wie. Kiedyś świat był inny, bardziej tajemniczy, magiczny, mityczny. Dziś pozostała tylko nauka i tylko nauka jest w stanie zaoferować jeszcze jakiekolwiek poznanie.

Bynajmniej nie jest to poznanie suche i pewne jak matematyczne równania. Okazuje się, że to naukowcy są tym, kim dawniej byli filozofowie: oni to wyjaśniają nam sens wszystkiego, naturę wszechświata i nas samych. I tak, czytamy u Hawkinga, że prawa przyrody są takie a nie inne, bo takie być musiały, że istnieje nieskończenie wiele światów i że rację mieli oświeceniowcy, pisząc o ludziach – niezwykle zaawansowanych, ale jednak maszynach. Tym razem jednak te rewelacje poparte są całym aparatem matematycznych konstrukcji: wewnętrznie spójnych i chyba PRAWDZIWYCH, ale któż jest w stanie pojąć to wszystko?

Oczywiście bardzo możliwe, że to i tak Beckett miał rację. I Miłosz w Ziemi Urlo. Ostatecznie zawsze wrócimy do punktu wyjścia, rozbijając się o Kantowski filtr rzeczywistości, nieokreśloność metafizycznych przeżyć i odwieczną sprzeczność samoświadomych systemów, którą znaliśmy już od czasów logiki Arystotelesa. Dopiero niedawno rozwiązał ją Alfred Tarski, zwyczajnie pozbawiając logikę świadomości – dla nas takie rozwiązanie nie wchodzi w grę.

Paulo postanawia pisać

25 października 2009

Przeczytałem książkę Paula Coelho.

Pierwszą i na razie ostatnią. Nie, nie jestem zniesmaczony (no, może trochę), nie będę wyżywał się ponad miarę, ani tym bardziej nie zamierzam kreować się na znawcę literatury czytającego Ulissesa do śniadania, z pogardą spoglądającego na maluczkich. Czytałem w życiu o wiele większe gnioty (ot, choćby dzieła innego „bestsellerowca” – Dana Browna), chociaż też krocie książek lepszych. „Weronika postanawia umrzeć” – bo ta właśnie pozycja wpadła w me ręce – pozostawiła mnie w stanie sprzecznych uczuć; podczas lektury głównie irytowała, ale też potrafiła zaciekawić i poruszyć. Zacznijmy jednak od początku.

Przede wszystkim jest ona fatalna literacko, sprawia wrażenie raczej szkicu napisanego na kolanie w brudnopisie podczas wolnego popołudnia, niż pełnoprawnej powieści. Okazuje się, że to nie tylko wrażenie – w istocie tak właśnie jest, gdyż – jak się okazuje – napisanie jednej książki zajmuje Paulowi Coelho średnio trzy tygodnie. To wiele wyjaśnia.

Płodność pisarza i prędkość tworzenia muszą budzić podziw czy może zazdrość, jednak jasno widać, że mistrzem słowa on nie jest. Zdania proste do bólu, chwyty formalne na poziomie uzdolnionego ucznia gimnazjum, brak wyczucia tego, co trzeba napisać, a co warto by było pozostawić inteligencji odbiorcy, całkowita nieumiejętność sterowania nastrojem – oto cechy jego pisarstwa.

Fabułka pędzi do przodu, nie pozostawiając ani chwili na nudę, kolejne akapity gładko objaśniają co się w danej chwili dzieje i dlaczego, tak by czytelnik nie musiał ani przez chwile wątpić w motywacje bohaterów. Bohaterowie i wszystkie postaci w ogóle zarysowane są płasko, wydaje się, że charakter każdej z nich wzoruje Coelho na własnych przeżyciach wewnętrznych, tak jakby nie potrafił wyobrazić sobie innych, niż swoja własna, perspektyw spojrzenia na świat. Stworzone są – jak i cała historia – głównie po to, by wygłaszać drętwe kwestie o tym, jak żyć by szczęśliwym być. Kolejne rozdziały kończą się tanimi moralizatorskimi monologami, których semantykę streścić można zestawem komunałów: „bądź sobą”!, „nie bój się ryzykować”!, „walcz o szczęście”!, „odnajdź radość życia”! i tak dalej i tak dalej.

A jednak – da się to czytać. Co prawda zgrzytając zębami na kulawą konstrukcję zdań (może to wina tłumaczenia?), nielogiczności fabuły, nachalne serwowanie życiowych mądrości, suche dialogi i nieprawdopodobne reakcje bohaterów, ale – da się. I nawet przyjemność jakąś z tego czerpać, i może jakąś złotą myśl wyłowić – wśród całej plejady tych banalnych, znaleźć coś przemawiającego do serca?

Tak jak istnieją książki-czytadła sensacyjne, fantastyczne, kryminalne, tak istnieją czytadła – bo ja wiem – moralizatorsko-filozoficzne (tę tezę stawiam oczywiście po to, by zaliczyć „Weronikę…” do tego ostatniego rodzaju). Idealne by poczytać w pociągu, na plaży, w sytuacji gdy nie mamy ochoty na nic poza niezobowiązującą rozrywką i bezmyślnym zatraceniem w słowie. Ale zachwycać się, budować kapliczki ku czci, ubóstwiać? To niestety świadczyć musi o kiepskim guście, małym oczytaniu, braku smaku. O tych cechach, które charakteryzują dzisiaj przeciętnego odbiorcę literatury i które przesądzają o wyglądzie list bestsellerów.

Jednak jeśli komuś sprawia ta literatura radość, co więcej – jeśli ktoś odnajduje w niej recepty na życie i motywacje do działania – należy się tylko cieszyć, że ktoś taki jak Paulo Coelho istnieje.

Czytać nikt nikomu nie każe.

Światy Dukaja, cz. II

15 lipca 2009

Znalazłszy podczas wakacji trochę więcej czasu niż zwykle na czytanie, przebrnąłem przez kolejne parę tekstów ze zbioru opowiadań Jacka Dukaja „W kraju niewiernych”. „Przebrnąłem” nie jest może słowem najszczęśliwszym, bo w ostateczności było to doświadczenie jak najbardziej przyjemne; jednak z drugiej strony użyłem go nieprzypadkowo.

Konstruuje bowiem Dukaj swoje historie w sposób specyficzny: wrzuca nas od razu w środek wymyślonego przezeń świata, zalewa specyficzną dla owego świata (czasem jest to wręcz wiele światów na raz…) terminologią nie trudząc się jakimkolwiek jej objaśnianiem, wprowadza postaci bez żadnej wstępnej prezentacji, po prostu każąc obserwować ich działania o nieznanych dla nas motywach. Bywa to frustrujące, bo przez pierwsze kilka-kilkanaście stron ledwo można zorientować się o co chodzi i im dłużej ów stan dezorientacji trwa, tym większą mamy ochotę rzucić książkę w diabły; na szczęście zawsze tuż przed owym kulminacyjnym momentem nieprzyjaznych uczuć daje Dukaj czytelnikowi jakąś wskazówkę, akapit przybliżający realia, jedno zdanie od którego nagle wszystko zaczyna mieć sens. I następuje cudowne składanie wszystkich informacji w całość, zazębienie słownych puzzli i oszołomienie kolejną wizją przyszłości która roztacza się przed naszymi oczyma. Frustracja zastąpiona przez zachwyt.

Nie są te opowiadania błahymi historyjkami SF, których fabuły byłyby tylko pretekstem do strzelania laserami czy wymachiwania błyskającymi mieczami. Chociaż przyznać trzeba, że widać wielką radość jaką czerpie Dukaj z umieszczania w swoich rzeczywistościach wymyślnych wynalazków, przyszłościowych rekwizytów – tego co obiecują nam dziś naukowcy, a co wciąż wydaje się bajką. Znajdą się zatem – a jakże – i lasery, i międzygwiezdne bramy, i supernowoczesne pancerze, i komputery, które z przejściem testu Turinga nie miałyby najmniejszych kłopotów. I nie zawsze owe cuda będą podporządkowane historii, czasem będzie chodziło tylko i wyłącznie o radosną, dziecięcą zabawę. Bo któż z nas nie bawił się żołnierzykami, któż nie marzył o dzierżeniu świetlnego miecza, któż nie szuka w literaturze rozrywki? Cóż, jeśli ktoś taki by się znalazł – źle trafił.

Jednak najważniejsze w tym wszystkim jest to, że owe popisy Dukajowej wyobraźni nie są sztuką samą dla siebie. Zamiast wciskać wam, drodzy czytelnicy, nic nie znaczące ogólniki jakie to w tych opowiadaniach odnaleźć możemy filozoficzne, metafizyczne i nie wiadomo jakie jeszcze rozważania, napiszę parę słów o jednym z owych opowiadań. „Ziemia Chrystusa” to wizja przyszłości, w której ludzkość nauczyła się eksplorować światy równoległe. Nie jest powiedziane w jaki dokładnie sposób – wiadomo tylko, że zgodnie z teorią chaosu alteracja jakiegoś nic nie znaczącego wydarzenia może wpłynąć na dalsze losy całego świata, że rzecz ma związek z kwantowym niedeterminizmem i że technologia ma oczywiście pewne ograniczenia (dla przykładu: znalezienie takiego alternatywnego świata nie jest proste); natomiast dokładnie nakreślone zostają implikacje polityczne i społeczne jakie owa technologia powoduje: toczą się międzyświatowe wojny, powstają jednostki wyspecjalizowane w analizowaniu i anektowaniu odkrywanych światów, rozwijają się nowe dziedziny nauki, trwa nieustanny wyścig zbrojeń i walka o nowe zdobycze. Już taka wizja sama w sobie jest ciekawa, zwłaszcza że przekonująco przedstawiona, z dbałością o wszelkie detale, mająca jakieś tam naukowe podstawy. Jednak chociażby tytuł wskazuje na to, że opowiadanie jest o czymś więcej.

Bo oto odkryta zostaje alternatywna Ziemia. Ziemia, w której Chrystus nie umarł a zaczął panować, stworzył swoje królestwo; i zapanowała powszechna szczęśliwość. Na taki świat wysłana zostaje niczego nie spodziewająca się grupa zwiadowców – jakie będzie ich zdziwienie gdy okaże się, że napotkany tubylec na pytanie czy wierzy w Boga ze zdumieniem, nie rozumiejąc o co chodzi, odpowie im, że przecież „On jest„, jakże więc mógłby w Niego wierzyć? I że rozbrajająco oznajmi im, tym cynicznym, uzbrojonym w najnowsze zdobycze techniki, zastanawiającym się jak tu ten świat podbić żołnierzom: „Ja was kocham”. Co pomyśli jeden z nich, ten dla którego człowiek to jedynie deterministyczna, uwarunkowana przez historię, środowisko i geny maszyna; jak zachowa się inny – katolik-neofita – dla którego, wydawałoby się, taki świat to spełnienie marzeń? I jeszcze: czy oczywisty dowód istnienia Boga w jednej z alternatywnych rzeczywistości implikuje Jego istnienie – mniej namacalne, ale jednak istnienie – w każdej innej? Jak w ogóle ma się Bóg do idei światów alternatywnych?

Ostateczne rozwiązanie historii skupi się na człowieku a nie – nauce czy teologii. Jednak to, jakie ono będzie – tego już zdradzać nie będę.

Światy Dukaja, cz. II

Wśród opowiadań, które przeczytałem znalazła się również Katedra, doskonale wszystkim znana dzięki Tomaszowi Bagińskiemu – ale czy na pewno? Jak się okazuje, jego nominowany do Oscara film z samym opowiadaniem nie ma wiele wspólnego – jedynie tytułową katedrę, żywokryst (budulec z którego jest zbudowana) i mniej więcej zakończenie historii – zatem po jego przeczytaniu tym bardziej docenia się wyobraźnię Tomka. Bo zainspirowany przez Dukaja stworzył coś całkiem swojego, twórczo interpretując pierwowzór.

A samo opowiadanie? Chyba w nim najdalej przesunięta jest granica momentu, kiedy wszystko staje się jasne – już miałem dać sobie spokój gdy w końcu nastąpił moment olśnienia. Ale może dlatego odniosłem takie wrażenie, że oczekiwałem czegoś bardziej zbliżonego do filmu, chciałem dostać wreszcie opis owej słynnej katedry, skonfrontować go z obrazem. Nie tak szybko jednak; jak wspomniałem wyżej – oprócz samej katedry uraczeni jesteśmy również całkiem interesującą historią, ludzkim dramatem i paroma fantastyczno-naukowymi zabawkami. Warto byłoby przeczytać nawet i bez Bagińskiego.

Na tylnej stronie okładki napisano, że Dukaj jest jednym z najciekawszych współczesnych polskich prozaików. Po tym co napisałem wyżej, chyba nie muszę dodawać, że w pełni się z tym zgadzam. Tamże widnieje też rok urodzenia pisarza – 1974. Na końcu każdego opowiadania podana jest data jego powstania; jakże niesamowitym jest fakt, iż większość z nich napisał w wieku lat około dwudziestu. Geniusz?